""
close

  • Być wiernym Ojczyźnie mej, Rzeczypospolitej Polskiej
  • 1 DYW. PANC. GEN. MACZKA

  • Wspomienia dowódców i żołnierzy

    Dowódca 1 Dywizji Pancernej generał Stanisław Maczek o walkach Belgii

    Stanisław Maczek, Od podwody do czołga, Londyn 1961, s. 190-191.

    Historia patrzy na nas nie tylko z murów średniowiecznego miasta, z łuku bramy wejściowej, pomnika wojny 1914-1918, ale i z tysięcy krzyży na cmentarzach alianckich z poprzedniej wojny, wymijanych przez nas w pościgu. Niegdyś każdy metr ziemi wydarty w natarciu był sukcesem, okupionym masami poległych. Dziś? Taktyka szybkości triumfuje. 10 bryg. kaw. panc., trafiając na obronę miasta, omija go szybko z obu stron i wychodzi na płnc.-wschód od Ypres, odcina odwrót jednostek niemieckich. Tymczasem pod wieczór wchodzi do działania 3 bryg. strzel. Najpierw 9 baonem strzelców, który zdobywa północną i północno-zachodnią część miasta w zaciekłych walkach ulicznych, a w końcu całą brygadą dla szybkiego oczyszczenia miasta z poszczególnych grup jeszcze broniących się w murowanych obiektach.

    Od rana 7 września dywizja w dalszym pościgu na 2 osiach. Po zajęciu Pashendale przez 10 bryg., 2 p. panc. rozbija baon niemiecki w m. Hoogled i przecina szosę z Roulers na północ, a 9 baon strzel. przełamuje obronę niemiecką 2 km na północ od m. Roulers.

    Do zapadnięcia zmroku zachodni skraj miasta opanowany przez brygadę, gotującą się do nocnej akcji oczyszczania miasta. Ludność miasta nie tylko manifestacyjnie wita naszych żołnierzy, ale i pomaga. Ogromne zasługi w rozpoznaniu gniazd dział ppanc. i karabinów maszynowych oddaje 17-letania odważna harcerka Simone Brugge, dekorowana przeze mnie klika tygodni potem polskim Krzyżem Walecznych.

    Nie czekając na ostatecznie skończoną bitwę o Roulers, jeszcze pod wieczór nakazuję stworzenie grupy bojowej, złożonej z 24 p.uł. i kompanii, a później całego 8 baonu strzelców i dwóch dyonów artylerii motorowej i przeciwpancernej pod dowództwem nowego dowódcy 24 p. ułanów ppłka Dowbora. Zadanie jej - jak najszybciej osiągnąć m. Thielt, by nie dać Niemcom czasu na zorganizowanie solidnej obrony.

    Daje to w rezultacie pełne zaskoczenie. Pozycja na schód od miasta, nieobsadzonego przez podchodzące dopiero oddziały niemieckie, nie tylko nie zatrzymuje, ale nawet nie awizuje podejścia naszego pod miasto i walka rozgorzeje dopiero  w centrum miasta, gdy plutony czołgów 24 p.uł. będą rywalizować z plutonami strzeleckimi 8 baonu w opanowaniu ulicy po ulicy i domu po domie.

    Tymczasem czołowy pułk 10 brygady, w tym dniu 2 pułk pancerny, wychodząc na północny-wschód miasta w celu odcięcia odwrotu niemieckiego, ma swój szczęśliwy dzień, gdyż zaskakuje kolumnę mieszaną czołgów, pojazdów mechanicznych, artylerii i zaprzęgów konnych, niszcząc je dosłownie ogniem dział swych czołgów pod m. Ruysselede. Obraz zniszczenia na tej szosie tak przypominać będzie widoki z Maczugi Chambois, że nazwą to pobojowisko „małe Chambois".

    Tak w dniu 9 września dywizja dochodzi do poważnie bronionego kanału Gandawskiego. Utykają i skrwawiają się czołowe oddziały, które zbyt ponosi temperament wobec dotychczasowych powodzeń. Szczególnie wielkie starty ma 10 pułk dragonów, którego dowódca Zgorzelewski zostaje ranny w próbie przerzucenia części pułku na północny brzeg.

    Wobec tego dywizja przechodzi do metodycznego forsowania kanału, ale rozkaz korpusu kieruje nas na obejście tego oporu przez Gandawę, częściowo zajętą już przez 7 dywizję pancerną z 2 armii brytyjskiej. 

    Relacja mjr. Stanisława Koszustkiego - dowódcy 2 Pułku Pancernego o wyzwoleniu Belgii

    Stanisław Koszutski, Wspomnienia z różnych pobojowisk, Londyn 1972, s. 218

    W Normandii właściwie nie zdawaliśmy sobie sprawy z naszego wyczynu, byliśmy na to zbyt oszołomieni samą walką, piekielnie zmęczeni, ogłuchli od strzałów i zszokowani wyrwami szeregach, aby cieszyć się czy też być dumni z osiągniętego pod Falaise zwycięstwa i zdać sobie sprawę z tego, że osiągnęliśmy je, bo byliśmy lepsi, twardsi i bardziej zdeterminowani od przeciwnika. Teraz, wchodząc do Belgii, poczuliśmy swoją moc ścigając odgryzającego się wroga. Owacyjnie witane w Gandawie, wylały się oddziały pancerne na kwietne pola Belgii, między Gandawą, St. Nicolas i Antwerpią, aż po rz. Skaldę. Zaczęliśmy być pijani własnymi sukcesami - i winem - i pocałunkami kobiet, szaloną radością wyzwalanych Belgów, owacjami tłumów.

    Na wieżach kościołów powiewały biało-czerwone chorągwie i w złotych księgach miast spoczęły nazwy pułków. Nie ustawały jeszcze strzały na przedmieściach zdobywanych miast, gdy na rynku grała orkiestra i tańczono w lokalach. Ludność wydawał się bale, a groby poległych tonęły w kwiatach. Modlono się w kościołach za nas i Polskę spontanicznie i serdecznie. My byliśmy dumni z siebie i z ducha Belgii.

    Mjr Stanisław Koszustki - dowódca 2 Pułku Pancernego o walkach w rejonie Beveren

    Stanisław Koszutski, Wspomnienia z różnych pobojowisk, Londyn 1972, s. 220-221.

    Zadanie nasze nie było ciężkie. Jak się rzekło poprzednio, do miasta Beveren, które stanowiło bazę dla osłony, weszliśmy bez strzału. Niemcy zamknęli się w forcie Calou naprzeciwko, w odległości około 3 kilometrów. Fort, po początkowym rozpoznaniu, okazał się nie do ugryzienia przez jeden pułk pancerny bez artylerii i piechoty - a my z kolei byliśmy za silni, aby Niemcy mogli sobie pozwolić na jakieś zaczepne działanie. Wskutek tego zadanie nasze stało się bierne raczej, polegające na obserwacji i patrolowaniu przedpola. Poza tym, dla dodania otuchy okolicznym mieszkańcom i dla szkolenia nowych załóg przybyłych z uzupełnienia, codziennie szwadron służbowy ostrzeliwał fort przez kilka godzin. Niemcy odpowiadali na to ogniem niezbyt celnym z kliku ciężkich dział, tłukąc głównie po przedmieściach i szukając dobrze zamaskowanych naszych stanowisk, które zresztą były stale zmieniane.

    Nasze patrole wyłapywały oddziałki Niemców, które zapuszczały się w okoliczne wioski, rekwirując żywność. I tak płynęło życie przez 3 czy 4 dni. Przyszedł jednak rozkaz oszczędzania amunicji. Z zadowoleniem stwierdziliśmy, że kiedy my przestaliśmy strzelać do Fortu, Niemcy rycersko przerwali również ogień na okolicę.

    Stanął jakby niepisany i nieoficjalny rozejm i wydawało się, że wszyscy zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Wszyscy... za wyjątkiem 13-letniego Belga Józefa..., który wychodził z siebie aby nakłonić nas do jakiegoś bardziej dynamicznego działania. Józef bowiem nienawidził „Boszów" jakąś psią i zażartą nienawiścią i nie mógł pogodzić się z faktem naszej bezczynności.  Z tego powodu, widząc „masy" czołgów i ludzi. Leniwie unieruchomione w pierzynach miasta, sam wziął na siebie zadanie prowadzenia wojny.

    Codziennie mały Józef wykradał się z domu i szedł na rozpoznanie swych wrogów. Wieczorem zjawiał się u mnie i meldował co się u nich dzieje. Przynosił wiadomości o stanowiskach dział i piechoty niemieckiej. O przesunięciach oddziałów, o ruchach zaopatrzenia, posterunkach obserwacyjnych itp. Z buta wyciągał szkice ugrupowania niemieckiego i błagał mnie, abyśmy strzelali według jego wskazówek, niosąc zagładę znienawidzonym Szwabom. Jak on to robił - nie wiem. Wiem natomiast, ze cudem uniknął śmierci, kiedy go Niemcy wreszcie zauważyli i zrewidowali. [...]

    Wszystko jednak ma swój koniec. Pewnego dnia o świcie wpadł do d-twa Pułku podniecony Józef i z wypiekami na buzi meldował jak w gorączce „Les Bosches sont parti cette niut - je les ai vu partir...! Allons! Allons vite lá-bas!"

    Znając dobrze dokładność obserwacji i meldunków mego skauta, uwierzyłem mu bez wahania i natychmiast zaalarmowałem szwadron pogotowia. Sam wsiadłem do „scout car'a" i w pół godziny ruszyliśmy pod Calou.

    Kiedy podeszliśmy do Fortu przywitało nas kompletne milczenie. Natknęliśmy się jedynie na miny i na barykady drogowe. Po usunięciu ich, weszliśmy do Fortu. Był pusty. Niemcy pozostawili tu klika ciężkich dział, sporo amunicji, kilkanaście połamanych wozów i sporo różnych gratów wojskowych. Wyszli najwidoczniej w pośpiechu, odchodząc na północ. Posunęliśmy się za nimi 2 czy 3 kilometry, poczem jednak utknęliśmy w wodzie. Niemcy bowiem odchodząc, otworzyli śluzy na kanałach i zalali wszystkie drogi za sobą na obszarze dziesiątków kilometrów kwadratowych.

    Wspomnienia Stefana Drożaka - oficera 9 Batalionu Strzelców Flandryjskich z walk o Ypres

    1. Dywizja Pancerna w walce, Bruksela 1946, s. 150-152.

    Zdobyć Ypres - brzmiał rozkaz dla 9. Baonu Strzelców, dnia 5 września 1944 r. Zdawałoby się, że to nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, ze nazwa tej miejscowości łączy się z ponurymi wspomnieniami poprzedniej wojny, wielomiesięcznych ciężkich walk, ukoronowanych użyciem przez Niemców strasznego gazu - iperytu.

    Choć upłynęło od tamtej wojny wiele lat, a pola porosły trawą i krzewem, tragiczna przeszłość wychodzi ku nam kwadratami wielkich cmentarzy, długimi szeregami białych krzyży.

    Wiadomości o nieprzyjacielu są skąpe, wiadomo tylko, ze główny opór znajduje się od strony zachodniej, w rejonie dworca kolejowego. Wszystkie wyjścia z miasta są opanowane przez 2. Pułk Pancerny. Załodze mia­sta nie zostaje nic innego do zrobienia jak, albo się poddać, albo walczyć do ostatka. Wszystko wskazuje na to, ze nieprzyjaciel wybrał drugie rozwiązanie.

    Dowódca baonu wykorzystując powodzenie czołgów, decyduje się na zrolowanie obrony niemieckiej od tyłu, powierzając to zadanie 3. i 4. kompanii z tym, ze opanowanie dworca kolejowego przypada „4-tej". Spieszona kompania posuwa się dwoma kolumnami z kierunku północno-wschodniego do centrum miasta. Bez oporu dochodzi do rynku, gdzie bierze do niewoli punkt opatrunkowy nieprzyjaciela z stabsarztem na czele. Zaskoczenie jest zupełne, niespodziewano się nas z tego kierunku.

    Po chwili, cały rynek zapełnia się ludnością. i na widok naszych „Polandów" wznosi się bezustanny okrzyk: Vive la Pologne. To, co się dzieje obecnie przypomina jakiś kiermasz, czy zabawę ludową, ale nie wojnę totalną. Ogarnięci szalem radości, śpiewają, krzyczą, tańczą, piją. Dziewczyny rozdają buziaki na prawo i lewo, nie zważając, na nasze brudne, nieogolone, chropawe i słońcem spieczone twarze. Sypią się kwiaty, jak na procesji Bożego Ciała. Mój carrier powoli zatraca groźny widok pancernej machiny wojennej, przypominając raczej jakiś przeładowany, ruchomy sklep z kwiatami.

    Dalszy ruch jest niemożliwy. Prośby, a nawet groźby, nie odnoszą skutku. W tej naprawdę ciężkiej i zdawałoby się beznadziejnej sytuacji, przychodzą w sukurs... Niemcy. Pada seria z wieży kościelnej. Tłum rozpierzcha się, ginie po domach w oka mgnieniu. Znowu ulice puste. Huk strzałów miesza się z trzaskiem zamykanych drzwi i okien, oraz nerwowym nawoływaniem mieszkańców rynku.

    Ogień przybiera stopniowo na sile. Nieprzyjaciel ukryty w domach strzela celnie, wybierając jako główne cele, dowódców i celowniczych r.k.m. Ginie tu jeden z najdzielniejszych dowódców drużyn kpr. pchor. Suchy Wiktor, w chwilę później strz. Otręba Bernard. Rany odnosi dwóch najlepszych celowniczych - strzelcy Wójcik Stanisław i Szadkowski Jan.

    Meldunki otrzymane przeze mnie od 2. i 3. plutonu, mówią mi, ze jeden z nich ugrzązł przed stacją kolejową, a drugi krwawi się na kanale w rejonie cmentarza. Wszystko to każe przypuszczać, że siły nieprzyjaciela są większe od uprzednio meldowanych i ze obrona nie ogranicza się jedynie do stacji kolejowej, ale szkoły i rejonu cmentarza również. Nie chcąc rozpraszać swych sił na wszystkie kierunki, decyduję się na likwidację re­jonu szkoły, a potem na uderzenie boczne w rejon dworca.

    W wykonaniu tego zamierzenia, skupiam cały ogień na szkolę. Łącznie z piatami, które tutaj mają wyjątkowe pole do popisu. Nieprzyjaciel, ze swej strony, nie pozostaje nam dłużny, kropiąc do nas z czego tylko może, ściągając nawet z rejonu dworca samochód pancerny, który na szczęście zostaje szybko zlikwidowany.

    Wtem niespodziewanie pojawia się biała chustka. Po zaprzestaniu ognia, melduje się dowódca kompanii niemieckiej. Kapituluje pod warunkiem traktowania jego ludzi, jako jeńców wojennych i nie oddawania ich w ręce belgijskiej armii podziemnej. Warunki przyjmuję i po chwili dwójkami wychodzi 72 Szkopów. Miny mają rzadkie, wiedzą, że są jeńcami żołnierza polskiego.

    Po kapitulacji dowódcy kompanii, kapituluje z kolei dowódca garnizonu Ypres w stopniu majora. Dowódca garnizonu raniony w czasie walki, leży w jednym z pobliskich domów. Po wysłuchaniu meldunku od dowódcy kompanii (Niemca) i po zapoznaniu się z sytuacją, w jakiej znajdują się oddziały niemieckie, ranny major bez słowa oddaje swój pistolet.

    Kapitulacja dowódcy garnizonu nie oznacza jednak końca walki. Nie można, bowiem przekazać tej wiadomości innym dowódcom niemieckim. Mimo to zdobycie szkoły odgrywa pierwszorzędną rolę w dalszym przebiegu walk o Ypres. Nie ma juz mowy o zorganizowanej obronie, nasze patrole przenikają. w głąb, zaskakując Niemców od tył i z bok6w. Zdezorientowane punkty oporu niemieckiego jedne po drugich wywieszają, białe szmaty. Jedynie w rejonie dworca Niemcy jeszcze ciągle się trzymają. Ale opór ich maleje z każdą chwilą.

    Tamże spotyka zabawny epizod strz. Smolińskiego. Kryjąc się przed ogniem moździerzy, Smoliński wpada na podwórze do jakiegoś domu. Ku swemu przerażeniu natyka się na kupę uzbrojonych Niemców. Na jego widok wszyscy podnoszą ręce do góry. Nie bardzo wiedząc co z tym fantem zrobić, bez słowa Smoliński wykonuje w tył zwrot i Niamey ruszają za nim dwójkami. Okazuje się, ze Smoliński doprowadza 5 oficerów i 44 szeregowych.

    Wreszcie cały dworzec zostaje opanowany. Pozostałe kompanie wchodzą do miasta. Idziemy juz bez obaw zadowoleni na rynek, prowadząc z jeńców: 11 oficerów i 159 szeregowych.

    Drukuj Drukuj Podziel się treścią: